- Olga, puść mnie! Nawet jeśli mamy być małżeństwem to i tak przestrzeń osobista jest dla mnie bardzo ważna! - krzyczał i wymachiwał rękoma na wszystko strony. Rzecz jasna chodzi o Ramallo.
- Nie wierze, Ramallo. A już myślałam, że się zmieniłeś! JAK MOGŁEŚ, JAK MOGŁEŚ?? - bardzo mnie zdenerwował, tak, że ze złości walnęłam ręką w kuchenkę, a ta odbita od mojej silnej pięści zatrząsnęła rondelek z gotującym się daniem. Wszystko wylądowało na podłodze.
- No i widzisz co narobiłeś? Teraz poczekacie na kolację 4 godziny! Albo i nawet 5 bo muszę umyć podłogę...
- Ja, co..? To nie była wcale moja wina, o co ci Olgo chodzi? To ty przecież uderzyłaś w kuchenkę! Sama jesteś sobie winna!
- Ja? Ja? Nie no przegiąłeś mój panie! Wszystko doniosę panu Germanowi! - z oburzeniem zawołałam na cały dom.
- A może się tak uspokój, dobrze? - bezskutecznie próbował mnie uspokoić. Doprowadził do jeszcze gorszego napięcia. Czułam jakby ciśnienie mi skoczyło , a serce wywróciło do góry nogami, gdyż nie czułam już tej miłości do Ramallo co jeszcze 5 minut temu. Jak ja będę z nim żyła? On ciągle coś psuje.. Jak ja to wytrzymam...
I w tym momencie do kuchni wkroczył pan domu- German.
- O, German nareszcie jesteś, przetłumacz coś tej kobiecie do rozsądku! - mężczyzna otarł pot z czoła i oparł się o lodówkę.
- Nie, niech pan, panie German przetłumaczy temu mężczyźnie coś do tej pustej kapusty, albo i nawet brukselki. Bo na kapustę to jeszcze panu brakuje.
- Dosyć tego! Co się z wami dzieje? Jeszcze przed godziną było wszystko w porządku. Ech, z kim ja żyję... - i odszedł zostawiając mnie i tego brukselkowego półgłówka samych w kuchni.
***Maxi***
- Naty, nic ci nie jest?!Naty!!! Odezwij się! - podbiegłem do czarnowłosej leżącej na ziemi.- Ocknij się, proszę, Naty. - byłem przerażony. Musiałem działać. Natychmiast wykonałem jej sztuczne oddychanie i zadzwoniłem po karetkę.
- Halo? Nazywam się Maximiliano Ponte, mam 18 lat. Na ulicy ********* doszło do wypadku. Dziewczyna w tym samym wieku co ja jest nie przytomna. Proszę, przyjedzcie!
***Violetta***
W końcu usiedliśmy na naszej ławce. Objął mnie ramieniem, przytulił. Wtuliłam się w niego , nie sądziłam nawet, że to będzie takie cudowne. Znowu jesteśmy razem. Oby to nie było złudzenie spowodowane morską bryzą.
- Leon, znowu jesteśmy razem?
- Tak. Pytasz o to już chyba enty raz.
- Po prostu chcę być pewna, chcę wiedzieć, że to co jest teraz jest realne, że to nie jest mój wymysł, mój sen. Chcę to czuć.
- Myślałam, że poczułaś to już? - szatyn pochylił się i podesłał mi buziaka.
- Heh, okej, czuję to.. Ale muszę być o tym w 100 procentach przekonana. - wstałam i złapałam go za rękę. - Idziemy na jabłko w karmelu?
- Oczywiście, chodźmy.:) - objęliśmy się, i szliśmy alejką. Wszystko było dobrze póki nie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Było już bardzo późno, na pewno po kolacji.
- O nie! Jest już ta godzina! Leon, muszę niestety lecieć do domu! - bardzo mnie to zasmuciło, mieliśmy iść na słodką przekąskę, a tu coś takiego. Na szczęście Leon nie chciał mnie tak łatwo puścić.
- Naprawdę musisz iść? Proszę, zostań jeszcze trochę. - chłopak delikatnie przysunął się do mnie.
- Niestety. Ale, może mnie odprowadzisz? :)
- Pewnie. Chodźmy. - i nagle poczułam się wysoko nad ziemią. Verdas wziął mnie w swe ramiona i podrzucał wesoło. A z racji tego, że nie boję się wysokości, zaczęłam piszczeć.
- Leon!, przestań, proszę!!! Leon! - no i czułam że to jest realne. To było realne. Bardzo. Byłam niczym ptak wysoko nad ziemią unoszony skrzydłami miłości. Moje skrzydła nazywały się Leon. Tak- L.E.O.N. Mogę powtarzać to imię ciągle, a nigdy mi się nie znudzi.
- Już dobrze, dobrze. - i puścił mnie W KOŃCU na ziemię. Myślałam, że zacznę ją całować.
- No to idziemy? - spytał z nonszalanckim śmiechem.
- Mhm, ale nie chcę tym razem żadnych niespodzianek, typu latanie.
- Jakie latanie? Przecież to nie było nawet na kilka metrów.
- Ale wiesz, że boję się wysokości. - złapałam go za rękę i wyszczerzyłam zęby.- A teraz już chodźmy, bo tata mnie chyba za to w wieży zamknie!
***Maxi***
Karetka przyjechała już po 5 minutach, a ja bałem się o Natalię. Bardzo. Męczyło mnie sumienie, bo to w końcu ja otworzyłem te drzwi znienacka i z odrobiną złości. To moja wina.
- Nie jest w najlepszym stanie. Przykro mi, ale pozostanie w szpitalu na trochę. I przejdzie operację. - odezwał się do mnie jeden z lekarzy.
- Aham.- z ledwością przełknąłem ślinę.- Mogę pojechać z wami, proszę.?
- Dobrze. Wsiadaj. - i pojechaliśmy, a ja czułem się okropnie.. Chyba tam zemdleję....
_______________________________________________________________________________________________________________________________________
NO I WRESZCIE ROZDZIAŁ 5!! JUŻ POMYSŁÓW NIE MAM, SERIO.:( DLATEGO TAKI KRÓTKI.
ALE PRZYNAJMNIEJ ZMIENIŁAM WYGLĄD. ROZDZIAŁ 6 ZA 2 KOMY.:p

2 komentarze:
No w końcu kolejny świetny rozdział, nie mogłam się doczekać :)
"brukselkowy półgłówek" hahaha skąd ty czerpiesz te pomysły?
Z niecierpliwością czekam na następny :)
Witam! ;D
Zaprosiłaś mnie do siebie, więc jestem ^^ Masz cudownego bloga <3
Pomysł z nową dziewczyną w Studiu i tym, że Fede się w niej zakochuje jest bardzo oryginalny :D Gratuluje! ^^
Rozdział był bardzo fajny. Ach ta Olga xDD Leonetta <3
Już jestem czytelniczką ;D
Czekam na nexta ^^
Nina Verdas ♥
Prześlij komentarz