środa, 16 kwietnia 2014

Księga 1- "Wierzę Ci". Rozdział VI

                                                             ***Naty***
  Obudziłam się w białym pomieszczeniu. Całkiem pustym i dość ponurym. To był szpital. Bywałam tu tylko kiedy Lena miała prześwietlenia. Dotychczas to ona była pacjentką, ale tym razem okazałam się być nią ja.
   Śmierdziało tam lekami, sama chemia. Myślałam, że się uduszę.
Nagle poczułam czyiś oddech na mojej szyi. Próbowałam się obrócić, ale na marne.  Moje ciało było usztywnione, zwłaszcza kark. Z ledwością wydobyłam z siebie dźwięk:
- M..mama? Gdzie jestem?
- To.. - zaczął ktoś nieśmiało.- To ja... Maxi.
- Maxi? - zatkało mnie.- Ale co ty tu robisz? I co ja tu robię? Czemu nie..nie mogę..- gips bardzo uciskał mi gardło, przez co bardzo trudno było mi coś powiedzieć. - nic powiedzieć?
- Miałaś mały wstrząs - nie do końca wiedział co powiedzieć. - I jak walnęłaś w moje drzwi, ja je otworzyłem. A ty zleciałaś ze schodów.
- Że..- i wszystko stało się ciemniejsze, nie słyszałam już głosu Maxiego, ani jego oddechu, ani dotyku.                                                          Nie czułam już nic...

                                                     ***Maxi***
 Lekarz kazał mi wyjść. Okazało się, że z Naty działo się coraz gorzej. To nie było żadne złamanie, że wszystko będzie dobrze. To będzie się toczyć. Traciła przytomność co 10 min, i .. traciła za każdym razem pamięć. Chyba już 50 razy mówiłem jej co się stało. I za każdym razem trudno było mi to wyznać. Bałem się, że nie wyjdzie już z tego.  Musiałem już jechać do domu.

                                                        ***Violetta***
 Doszłam do drzwi. Całą drogę śmiałam się i jednocześnie biegłam, więc dostałam kolki i Leon musiał mnie nieść.:)
- Haha, a pamiętasz jak na urodziny Fran kupiłeś mi kostium księżniczki? Ty byłeś moim rycerzem.
- Tak, pamiętam . Wyglądałaś przepięknie.- wspominaliśmy mój pierwszy rok w Studio.
- Heh, bo się zarumienię.- uśmiechnęłam się nieśmiało do mojego CHŁOPAKA. O, tak. Wreszcie to powiedziałam. Chłopaka. Kocham to słowo.
  Uściskaliśmy się na pożegnanie i wyszedł zostawiając we mnie coś niezwykłego. Miłość, której tak długo nie miałam. Brakowało mi tego odczucia, tego, że z każdym dniem niecierpliwie będę czekała aby tylko go zobaczyć. Takie coś nazywało się... UNIESIENIEM SERCA. KU DUSZY. O TAK.
  I coś takiego było właśnie wtedy kiedy wyszedł.
Moje piękne myśli przerwał tata.
- Gdzie byłaś Violetto?
- Eee, w parku. Z Leonem. - odpowiedziałam speszona pytaniem.
- Leonem? Aha, dobrze. A wiesz która godzina? - założył ręce i czekał na sensowne wytłumaczenie.
- Tak, wiem, zasiedziałam się. Bardzo przepraszam, obiecuję poprawę i proszę o...
- Już dobrze, dobrze. Nie musisz się spowiadać. To nie jest jakiś rachunek sumienia. - zaśmialiśmy się, przytuliliśmy i... zaburczało nam w brzuchach.
- Ee, tato? A kolacja?
- Będzie za godzinę, lub w ogóle.
- Aj ta Olga! Chyba zamówię pizzę.:)
- Nie Violetto. Nie ma mowy. Nie wolno ci jeść tak późno takich niezdrowych rzeczy. - powiedział do mnie stanowczym tonem.
- Aha, czyli wolisz być głodny przez cały wieczór? -  posłałam tacie tajemnicze spojrzenie i po chwili
chwycił telefon wykręcając numer do pizzerii.
- Szynka czy pieczarki?
- Em.. pieczarki. I ser. Duuuużo sera. - i tak zamawialiśmy ukrywając się przed Olgitą.

                                                      ***Federico***
  Szedłem akurat do Studia i w drodze zauważyłem piękną Milagros. Szła bardzo wolnym krokiem.
Pyłki krążące w powietrzu  obracały się dookoła szatynki. Jeden z nich usiadł na jej ramieniu, natomiast kolejne kręciły się wokół kosmyków jej włosów. Niektóre czepiły się nawet brwi i długich rzęs.  Stałem i patrzałem jak idzie. Nagle podniosła do góry swoje smutne oczy. Wyglądały jakby się czegoś bały, jakby chciały się od czegoś uwolnić - a nie mogły. Już chciałem do niej podejść, ale coś mnie zatrzymało.
  Zatrzymało mnie jej piękne spojrzenie. Te źrenice, te brązowe oczy. To one zmieniły mnie z pewnego siebie chłopaka, w nieśmiałą osobę, która boi się podejść do dziewczyny i zapytać "Cześć, co słychać?'.
 Jeszcze nikt tak na mnie nie działał. A tu nagle pojawia się drobna Mila, którą znam od niemal jednego dnia.
Ukhm, znam. Co ja mówię.. Zamieniliśmy raptem 3 słowa. Ale to tylko zachęcało mnie do kolejnych rozmów.
Chciałem być tam z nią, grać jej na gitarze, słyszeć jej słodki głosik. Taa, ale nawet nie wiem jak ona śpiewa. Zapewne cudownie, skoro dostała się do tej prestiżowej akademii.
I wtem: Ktoś uderzył mnie jajecznymi lokami! To Ludmiła.
- Hello sweety!  Co tam? Bo ja jestem mega happy! Dziś zaprezentuję Pablo moją nową piosenkę. Dam czadu baybe!
- Tak, na pewno dasz czadu. - i kiedy chciałem nadal śledzić nową uczennicę straciłem ją niestety z oczu.
- Na co się patrzysz ? Coś nie tak z moim make-upem? - i błądziła za moją mimiką.
- Eee, nie skąd. Jesteś jak zwykle olśniewająca. To.. idziemy?
- Of course! - krzyknęła blondynka.

                                                     ***Leon***
  Grałem na keyboardzie 'Podemos' czekając na Violę. Grałem to dla niej.
Wtedy zobaczyłem ją przy framudze. Uśmiechała się do mnie i wtedy wspólnie zagłębiliśmy się w muzyce.
Nagle do sali wpadł zdenerwowany Maxi.
- Ej, co się stało?- zapytaliśmy w tym samym czasie.
- Naty jest w szpitalu..i straciła pamięć.
- Jak to? Co się stało? - zapytała zaszokowana Violetta.
- Nie ważne, w każdym razie martwię się o nią, bo lekarz mówi, że może nie wyjść z tego.
 W sali ogłuchło.
Wtedy weszli Camila, Broduay, Francesca i Marco.
- Jak to Naty straciła pamięć?
Zdeterminowany Maxi opowiedział wszystko po kolei.
- Biedna... to już nie będzie ta sama Natalia. - Fran ze smutku zwiesiła głowę. Nie wiedziała co o tym myśleć. Nikt nie wiedział.
- Ej, ale.. może powinniśmy powiadomić o tym Pablo? On może pomoże, wesprze. - wyrwałem aby przerwać ciszę.
- Okey, chodźmy! - i wszyscy razem pobiegliśmy do pokoju nauczycielskiego.

                                                      ***Federico***
  W Studio nadszedł czas długiej przerwy. Aby oczyścić umysł wybrałem się na spacer do parku.
Usiadłem na ławce.
Wtem poczułem, że jakaś osoba idąca ku mnie zatrzymała się  się u wejścia i dopiero po upływie chwili zajęła miejsce  na przeciwnej ławce.
Ową osobą okazała się Milagros. Bałem się ruszyć, aby jej nie spłoszyć. Była bardzo nieśmiała.
Poprawiłem się na miejscu i od tej chwili patrzałem na nią jak na obrazek. Obawiałem się, że panienka odejdzie kiedy usiądę obok niej.
 Wówczas Mila była ode mnie młodsza o 3 lata. Ja miałem 18, ona 15. Jednak nie widziałem w niej dziecka.
Dziewczyna nie zwróciła na mnie nawet przelotnej uwagi . Uczyła się chyba jakiejś melodii, bo bezpretensjonalnie ruszała wargami.
W pewnej chwili przelotnie rzuciła na mnie okiem  i zmieszała się, spostrzegłszy moją twarz opromienioną zachwytem , zbladłą. Wtedy jakiś ból wstrząsnął ją od głowy aż do stóp. ..
Zmarszczyła brwi , była zmieszana. A ja siedziałem oszołomiony.
Ta boleść znikła z jej ciała napełniając rozkoszą.
NAGLE Z CAŁYM BEZWSTYDEM MOGŁEM WIELBIĆ OCZYMA SMUKŁĄ POSTAĆ.
A ona jeszcze bardziej spuściła powieki. Zaczęła się uczyć, ale nie mogła. Błądziła wzrokiem raz na nutach, pozostając na trawą pod stopami. Czuła moje wejrzenie, bo kilkakroć drgnęły jej rzęsy. Policzki oblały głębokim rumieńcem, co prędko zbladły.
Wysłałem jej w spojrzeniu całą swoją duszę, milion słodkich przezwisk, tęsknot, żalów- wszystko na raz.
I oto po długim czasie powieki dziewczyny  osunęły się.  Jej oczęta przywitały moje sygnały odwzajemniając je, a na ustach mieszał się niepoczytalny uśmiech: trochę radości, trochę smutku.
W tym "uścisku spojrzeń" przetrwali nadziemskie chwile. Panna Rodriguez odwróciła głowę i zakryła twarz rękoma. Sekundę potem wzniosła je znowu. Skórę miała białą - niczym śnieg- , a na czoło zsuwała się potargana przez wiatr grzywka. Teraz nie mogła już się sprzeciwiać, opierać swoim uczuciom. Gdy zamykała oczy , jakaś siła przyciągała je z powrotem  i nasza pieszczota dłużyła się. To było wieczne. I takie realne. A jednak czułem jakby świat zatrzymał się w miejscu.
Nasze szczęście nie mącił nikt. Żadne odgłos nie płoszył milczenia, prócz wiatru.
Grałem dla piękno okiej własną piosenką. Bo ona nią była. Ona była moją piosenką....

__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
NO I OTO ROZDZIAŁ 6!!!!!! 
NIE WIEM CZY JEST DŁUGI, CZY KRÓTKI, ALE WEDŁUG MNIE NAJLEPSZY.<3 
BYĆ MOŻE GŁUPI, BEZSENSU I NUDNY, ALE DLA MNIE PEŁEN UCZUĆ. 
DZIŚ NA JĘZYKU POLSKIM OMAWIALIŚMY TAKI CUDNY FRAGMENT PEWNEJ KSIĄŻKI I PARĘ CYTATÓW I OPISÓW BARDZO MNIE NATCHNĘŁY, WIĘC UŻYŁAM ICH DO FEDE I MILAGROS. 
DŁUGO MYŚLAŁAM W JAKI SPOSÓB POKAZAĆ ICH ZAUROCZENIA, AŻ W KOŃCU SIĘ UDAŁO! 
MAM NADZIEJE, ŻE BYŁO CAŁKIEM CAŁKIEM I , ŻE POLUBILIŚCIE JUŻ FILĘ.<33333
KOLEJNY ROZDZIAŁ ZA 3 KOMY.:) 




niedziela, 13 kwietnia 2014

Księga 1- "Wierzę Ci." Rozdział V

                                                             ***Olga***
 - Olga, puść mnie! Nawet jeśli mamy być małżeństwem to i tak przestrzeń osobista jest dla mnie bardzo ważna! - krzyczał i  wymachiwał rękoma na wszystko strony. Rzecz jasna chodzi o Ramallo.
  - Nie wierze, Ramallo. A już myślałam, że się zmieniłeś! JAK MOGŁEŚ, JAK MOGŁEŚ?? - bardzo mnie zdenerwował, tak, że ze złości walnęłam ręką w kuchenkę, a ta odbita od mojej silnej pięści zatrząsnęła rondelek z gotującym się daniem. Wszystko wylądowało na podłodze.
- No i widzisz co narobiłeś? Teraz poczekacie na kolację 4 godziny! Albo i nawet 5 bo muszę umyć podłogę...
- Ja, co..? To nie była wcale moja wina, o co ci Olgo chodzi? To ty przecież uderzyłaś w kuchenkę! Sama jesteś sobie winna!
- Ja? Ja? Nie no przegiąłeś mój panie! Wszystko doniosę panu Germanowi! - z oburzeniem zawołałam na cały dom.
- A może się tak uspokój, dobrze? - bezskutecznie próbował  mnie uspokoić. Doprowadził do jeszcze gorszego napięcia. Czułam jakby ciśnienie mi skoczyło , a serce wywróciło do góry nogami, gdyż nie czułam już tej miłości do Ramallo co jeszcze 5 minut temu. Jak ja będę z nim żyła? On ciągle coś psuje.. Jak ja to wytrzymam...

 I w tym momencie do kuchni wkroczył pan domu- German.
- O, German nareszcie jesteś, przetłumacz coś tej kobiecie do rozsądku! - mężczyzna otarł pot z czoła i oparł się o lodówkę.
- Nie, niech pan, panie German przetłumaczy temu mężczyźnie coś do tej pustej kapusty, albo i nawet brukselki. Bo na kapustę to jeszcze panu brakuje.
- Dosyć tego! Co się z wami dzieje? Jeszcze przed godziną było wszystko w porządku. Ech, z kim ja żyję... - i odszedł zostawiając mnie i tego brukselkowego półgłówka samych w kuchni.

                                                            ***Maxi***
  - Naty, nic ci nie jest?!Naty!!! Odezwij się! - podbiegłem do czarnowłosej leżącej na ziemi.- Ocknij się, proszę, Naty. - byłem przerażony. Musiałem działać. Natychmiast wykonałem jej sztuczne oddychanie i zadzwoniłem po karetkę.
- Halo? Nazywam się Maximiliano Ponte, mam 18 lat. Na ulicy ********* doszło do wypadku. Dziewczyna w tym samym wieku co ja jest nie przytomna. Proszę, przyjedzcie!

                                                       ***Violetta***
  W końcu usiedliśmy na naszej ławce. Objął mnie ramieniem, przytulił. Wtuliłam się w niego , nie sądziłam nawet, że to będzie takie cudowne. Znowu jesteśmy razem. Oby to nie było złudzenie spowodowane morską bryzą.
- Leon, znowu jesteśmy razem?
- Tak. Pytasz o to już chyba enty raz.
- Po prostu chcę być pewna, chcę wiedzieć, że to co jest teraz jest realne, że to nie jest mój wymysł, mój sen. Chcę to czuć.
- Myślałam, że poczułaś to już? - szatyn pochylił się i podesłał mi buziaka.
- Heh, okej, czuję to.. Ale muszę być o tym w 100 procentach przekonana. - wstałam i złapałam go za rękę. - Idziemy na jabłko w karmelu?
- Oczywiście, chodźmy.:) - objęliśmy się, i szliśmy alejką. Wszystko było dobrze póki nie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Było już bardzo późno, na pewno po kolacji.
- O nie! Jest już ta godzina! Leon, muszę niestety lecieć do domu! - bardzo mnie to zasmuciło, mieliśmy iść na słodką przekąskę, a tu coś takiego. Na szczęście Leon nie chciał mnie tak łatwo puścić.
- Naprawdę musisz iść? Proszę, zostań jeszcze trochę. - chłopak delikatnie przysunął się do mnie.
- Niestety. Ale, może mnie odprowadzisz? :)
- Pewnie. Chodźmy. - i nagle poczułam się wysoko nad ziemią. Verdas wziął mnie w swe ramiona i podrzucał wesoło. A z racji tego, że nie boję się wysokości, zaczęłam piszczeć.
- Leon!, przestań, proszę!!! Leon! - no i czułam że to jest realne. To było realne. Bardzo. Byłam niczym ptak wysoko nad ziemią  unoszony skrzydłami miłości. Moje skrzydła nazywały się Leon. Tak- L.E.O.N. Mogę powtarzać to imię ciągle, a nigdy mi się nie znudzi.
- Już dobrze, dobrze. - i puścił mnie W KOŃCU na ziemię. Myślałam, że zacznę ją całować.
- No to idziemy? - spytał z nonszalanckim śmiechem.
- Mhm, ale nie chcę tym razem żadnych niespodzianek, typu latanie.
- Jakie latanie? Przecież to nie było nawet na kilka metrów.
- Ale wiesz, że boję się wysokości. - złapałam go za rękę i wyszczerzyłam zęby.- A teraz już chodźmy, bo tata mnie chyba za to w wieży zamknie!

                                                            ***Maxi***
 Karetka przyjechała już po 5 minutach, a ja bałem się o Natalię. Bardzo. Męczyło mnie sumienie, bo to w końcu ja otworzyłem te drzwi  znienacka i z odrobiną złości. To moja wina.
- Nie jest w najlepszym stanie. Przykro mi, ale pozostanie w szpitalu na trochę. I przejdzie operację. - odezwał się do mnie jeden z lekarzy.
- Aham.- z ledwością przełknąłem ślinę.- Mogę pojechać z wami, proszę.?
- Dobrze. Wsiadaj. - i pojechaliśmy, a ja czułem się okropnie.. Chyba tam zemdleję....
_______________________________________________________________________________________________________________________________________


NO I WRESZCIE ROZDZIAŁ 5!! JUŻ POMYSŁÓW NIE MAM, SERIO.:( DLATEGO TAKI KRÓTKI.
ALE PRZYNAJMNIEJ ZMIENIŁAM WYGLĄD. ROZDZIAŁ 6 ZA 2 KOMY.:p



sobota, 12 kwietnia 2014

Zmiana adresu bloga (POST ORGANIZACYJNY)

 TO JEST TYLKO POST ORGANIZACYJNY!
   Zmieniłam adres i nazwę strony na:
Nazwa : Vale mas ser que tener ~ tł. Lepiej być, niż mieć.
Adres: http://ser-mejor-para-siempre.blogspot.com   ~ tł. Być lepszym zawsze LUB Zawsze być lepszym


     A co do new rozdziału, to postaram się jutro, dziś bym chciała jeszcze pozmieniać wygląd.


wtorek, 8 kwietnia 2014

Księga 1 - "Wierzę Ci". Rozdział IV

                                                                     ***Violetta***
  Tak, pocałowaliśmy się.<333 To było takie romantyczne. I w końcu byliśmy razem! Z niechęcią odkleiłam od niego usta, otworzyłam oczy...
- Idziemy do parku? Na 'naszą' ławkę?- szatyn lekko się uśmiechnął.
- Pewnie.:) - i poszliśmy, a ja miałam w głowie pełno pięknych myśli. Teraz wszystko jest na dobrej drodze.

                                                                ***Naty***
 Było mi przykro z powodu Maxiego , bo chciał ze mną iść do kina, a ja.. wolałam być z Ludmiłą. Cały dzień załatwiałam jej sprawy i układałam kolejny grafik na jutro. Miałam tego serdecznie dość. Ta, jasne, już na pewno się zmieniła. Prędzej wczorajsze ziemniaki, które jadłam na obiad zaczną tańczyć makarenę niż ONA się zmieni. Supernowa, to supernowa - nikt ani nic tego nie zmieni. Amen.
    Akurat przechodziłam koło domu rapera, więc postanowiłam wpadnąć.
Zadzwoniłam.  Drzwi otworzył dopiero po pewnym czasie. Nie spodziewałam się żadnego okazu radości na mój widok. Tak też było.
- Co tu robisz? Jeśli po raz enty chcesz twierdzić, że nie trzymasz się już z Ludmiłą, to odpuść. Nie wierzę Ci.
- Ale, ale.. myślałam, że..
- Ech, no dobra przegiąłem trochę- przyhamował z oskarżeniami widząc moją smutną minę.
- Ja się z nią nie trzymam, ona się zmieniła, trochę... teraz..
- Teraz znów jest tarantulą. A ty? A ty nadal, wciąż, kolejny raz, po raz, jak co dnia USŁUGUJESZ JEJ! TO TWOJE ŻYCIE I TYLKO TY O NIM DECYDUJESZ, A NIE JAKAŚ BLONDYNKA Z WYBUJAŁYM EGO!
- Maxi, nie nazywaj jej tak... - wolałam by tak nie mówił, bo jeszcze by to jakoś usłyszała.
- Jeszcze jej bronisz, wiesz co? To żałosne, nie wiedziałem, że jesteś taka słaba. Nie walczysz o swoje.
- Ale, zrozum! Ja walczę o swoje, uwierz! I to prawda: To moje życie i mogę z nim robić co chcę, ale nie pomyślałeś, że moje życie z Lu mi pasuje!
- Serio? Coś myslę, że nawet ty w to nie wierzysz. Najpierw pomysł, potem mów. Nara. - i bezczelnie zamknął mi drzwi przed nosem. Miałam ochotę krzyczeć, walić pięściami, zrobić cokolwiek by nie był tak negatywnie nastawiony do NAJCUDOWNIEJSZEJ Z NAJCUDOWNIEJSZYCH, do Ósmego cudu świata. Nie no! Nawet we własnych myślach muszę o niej tak mówić? Przecież tu mnie nie usłyszy.. Chyba...
    Wracając: Już sama nie wiedziałam co robić, więc z całej siły kopnęłam w drzwi, a te w tym momencie się otworzyły , i spadłam z ganka domu Maxiego na próg.
- Naty!!!
                                         ***Olga***
 Ach, mój Ramallo. Już jutro nasz wielki dzień i jego kota: Nasz ślub i nowa kuweta dla kociątka.:)
 A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno obchodziła go tylko " przestrzeń osobista". Teraz jest inny. Jest taki mężny, cudowny, brak słów...
Moje 'marzenia' przerwał mi właśnie Ramallito:
- Olga, kolacja dla pana Germana gotowa?
- Tak, tak, już podaję... - cały czas będąc w chmurach obserwowałam mojego przyszłego męża.
- W takim razie podaj bo już 3 godziny czekamy!!!
- Już, już, pali się czy co! A co ja jestem? Służąca jakaś czy ktoś? Czy może jestem kobietą, kobietą, która już jutro przeżyje najszczęśliwszy dzień w życiu: Ślub. W takim razie powiedz mi coś: Czy nie mam prawa się rozmarzyć? Nie mam prawa przygotować kolacji 3 godziny później?!
- Olga, masz racje, ale...- i  wtedy przyparłam go do lodówki.
- I to chciałam usłyszeć. :)



_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 I TO BYŁ ROZDZIAŁ IV.:) WIEM, ŻE KRÓTKI, ALE CHYBA WYSTARCZAJĄCY BO JESTEM ZMĘCZONA.:) NASTĘPNY ZA 2 KOMY.:)