wtorek, 8 kwietnia 2014

Księga 1 - "Wierzę Ci". Rozdział IV

                                                                     ***Violetta***
  Tak, pocałowaliśmy się.<333 To było takie romantyczne. I w końcu byliśmy razem! Z niechęcią odkleiłam od niego usta, otworzyłam oczy...
- Idziemy do parku? Na 'naszą' ławkę?- szatyn lekko się uśmiechnął.
- Pewnie.:) - i poszliśmy, a ja miałam w głowie pełno pięknych myśli. Teraz wszystko jest na dobrej drodze.

                                                                ***Naty***
 Było mi przykro z powodu Maxiego , bo chciał ze mną iść do kina, a ja.. wolałam być z Ludmiłą. Cały dzień załatwiałam jej sprawy i układałam kolejny grafik na jutro. Miałam tego serdecznie dość. Ta, jasne, już na pewno się zmieniła. Prędzej wczorajsze ziemniaki, które jadłam na obiad zaczną tańczyć makarenę niż ONA się zmieni. Supernowa, to supernowa - nikt ani nic tego nie zmieni. Amen.
    Akurat przechodziłam koło domu rapera, więc postanowiłam wpadnąć.
Zadzwoniłam.  Drzwi otworzył dopiero po pewnym czasie. Nie spodziewałam się żadnego okazu radości na mój widok. Tak też było.
- Co tu robisz? Jeśli po raz enty chcesz twierdzić, że nie trzymasz się już z Ludmiłą, to odpuść. Nie wierzę Ci.
- Ale, ale.. myślałam, że..
- Ech, no dobra przegiąłem trochę- przyhamował z oskarżeniami widząc moją smutną minę.
- Ja się z nią nie trzymam, ona się zmieniła, trochę... teraz..
- Teraz znów jest tarantulą. A ty? A ty nadal, wciąż, kolejny raz, po raz, jak co dnia USŁUGUJESZ JEJ! TO TWOJE ŻYCIE I TYLKO TY O NIM DECYDUJESZ, A NIE JAKAŚ BLONDYNKA Z WYBUJAŁYM EGO!
- Maxi, nie nazywaj jej tak... - wolałam by tak nie mówił, bo jeszcze by to jakoś usłyszała.
- Jeszcze jej bronisz, wiesz co? To żałosne, nie wiedziałem, że jesteś taka słaba. Nie walczysz o swoje.
- Ale, zrozum! Ja walczę o swoje, uwierz! I to prawda: To moje życie i mogę z nim robić co chcę, ale nie pomyślałeś, że moje życie z Lu mi pasuje!
- Serio? Coś myslę, że nawet ty w to nie wierzysz. Najpierw pomysł, potem mów. Nara. - i bezczelnie zamknął mi drzwi przed nosem. Miałam ochotę krzyczeć, walić pięściami, zrobić cokolwiek by nie był tak negatywnie nastawiony do NAJCUDOWNIEJSZEJ Z NAJCUDOWNIEJSZYCH, do Ósmego cudu świata. Nie no! Nawet we własnych myślach muszę o niej tak mówić? Przecież tu mnie nie usłyszy.. Chyba...
    Wracając: Już sama nie wiedziałam co robić, więc z całej siły kopnęłam w drzwi, a te w tym momencie się otworzyły , i spadłam z ganka domu Maxiego na próg.
- Naty!!!
                                         ***Olga***
 Ach, mój Ramallo. Już jutro nasz wielki dzień i jego kota: Nasz ślub i nowa kuweta dla kociątka.:)
 A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno obchodziła go tylko " przestrzeń osobista". Teraz jest inny. Jest taki mężny, cudowny, brak słów...
Moje 'marzenia' przerwał mi właśnie Ramallito:
- Olga, kolacja dla pana Germana gotowa?
- Tak, tak, już podaję... - cały czas będąc w chmurach obserwowałam mojego przyszłego męża.
- W takim razie podaj bo już 3 godziny czekamy!!!
- Już, już, pali się czy co! A co ja jestem? Służąca jakaś czy ktoś? Czy może jestem kobietą, kobietą, która już jutro przeżyje najszczęśliwszy dzień w życiu: Ślub. W takim razie powiedz mi coś: Czy nie mam prawa się rozmarzyć? Nie mam prawa przygotować kolacji 3 godziny później?!
- Olga, masz racje, ale...- i  wtedy przyparłam go do lodówki.
- I to chciałam usłyszeć. :)



_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 I TO BYŁ ROZDZIAŁ IV.:) WIEM, ŻE KRÓTKI, ALE CHYBA WYSTARCZAJĄCY BO JESTEM ZMĘCZONA.:) NASTĘPNY ZA 2 KOMY.:)

1 komentarz:

Unknown pisze...

Wow! Super! Wspaniały!!!!
Czytam cały czas!!!
Czekam na next ;-)